Fargo

Ciężka zima w Minnesocie. Młody człowiek wpada na genialny pomysł fikcyjnego porwania swojej żony – oferuje porywaczom samochód i połowę pieniędzy z „okupu”, który wyłudzi od bogatego ojca swej małżonki. Niestety – nie ma czegoś takiego jak „łatwa robota” i sprawy szybko się komplikują, a trupów przybywa. Tak w skrócie przedstawia się fabuła jednego z najlepszych filmów braci Coen.

Film podstępnie wprowadza w nastrój autentyzmu umieszczając na początku notkę o prawdziwości wydarzeń. Kolejne sceny, sploty okoliczności i wkraczajace na scenę postacie budują powoli niesamowitą atmosferę filmu. Trudno powiedzieć, co mnie tak urzekło: może to cięzarna pani komendant, która ze stoickim spokojem prowadzi śledztwo w wyjątkowo krwawej sprawie, może to wszystkie te lakoniczne rozmowy, które prowadzą ze sobą postacie, co drugie słowo mówiąc przeciągłe „yyeeeea”, może to ten śnieg, może to sama fabuła, która w pewnym momencie zaczyna ocierać się o filmy Tarantino… Tak, mamy tu dużo tarantinowskiej „pulp fiction” czyli przemocy bez sensu, pokazanej bez jakiegoś szczególnego celu. Praktycznie brak muzyki, jakby wszystko zjadał wszechobecny śnieg, uderza ona tylko w naprawdę dramatycznych momentach. Śledztwo toczy się własnym rytmem, brak tu napięcia i dramatyzmu, nawet nagłe olśnienia policjantki są jakieś takie zwyczajne, są częścią pracy, a nie niezwykłej błyskotliwości, tak kłującej mnie w oczy w większości filmów kryminalnych*. Zwyczajność wyziera z każdego kąta i to właśnie zwyczajność i spokój zwycieżają z krwawą ohydą.

Mocą tego filmu są dialogi – nieśpieszne, lakoniczne, takie… zwyczajne. I właśnie taka nijaka policjantka, która po prostu patrzy i kiwa głową, powtarzając nieśmiertelne „yeeeaa” potrafi z człowieka wyciągnąć każdą tajemnicę. Wielkie braw dla Frances McDormand, która stworzyła zapadajacą w pamięć kreację głównej bohaterki oraz dla charakterystycznego pana Buscemi, który łypie oczkami jak rasowy psychopata.

Nawiązywałam wcześniej do Tarantino – cóż, nie mogłam się opędzić od skojarzeń, szczególnie, że bracia Coen też lubują się w tytułach, które nie mają z samym filmem za wiele wspólnego. Tarantino ma „Reservoir Dogs” („rezerwuarowe psy”, które ktoś miłosiernie w przetłumaczył jako „Wściekłe psy”). Bracia – „Fargo”, które jest małym miasteczkiem w Dakocie Północnej, gdzie rozgrywa się AŻ jedna scena filmu, w dodatku pierwsza. W dodatku w filmie występuje wiele nieścisłości (na przykład zmieniają się plamki krwi na twarzy bohatera w jednej i tej samej scenie), które nie są aż tak widoczne, ale sprawiają, że umysł rejestruje coś niepokojącego, cos, czego nie powinno tam być, powinno być inne. Nie wiem, czy to celowy zabieg, czy nie, ale na mnie podziałało…

Dla kogo ten film? Cóż, wielbiciele rasowych kryminałów mogą poczuc się zawiedzeni, a miłośnicy Tarantino – niedokarmieni. Jeśli macie ochotę na nietuzinkowy film i nie boicie się widoku krwi, to koniecznie musicie obejrzeć. I nabrać dziwnego zwyczaju powtarzania „yea” co drugie zdanie.

*słowo daję, kiedyś napiszę rozprawkę na temat rozciągliwości doby u psychopatycznych morderców i ich niezwykłej umiejętności konstruowania zagadek tak, żeby tylko jeden facet był w stanie się domyślić, o co mu chodzi w zagadce z bambusem, kłaczkiem i kawałkiem gazety wciśniętej w dziobek martwego kurczaka podrzuconego na miejsce zbrodni…

Advertisements

One thought on “Fargo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s