Robin Hood (2010)

Już przed obejrzeniem filmu byłabym w stanie zwędzić plakat filmowy z samej sympatii do wyglądu pana R.C. Po filmie miałam ochotę zwiać z kina z wielgachnym kartonem reklamowym, żeby sobie bez przeszkód siedzieć w domu i wspominać, wzdychając z radości od czasu do czasu.

Nie mogę powiedzieć, że dostałam to, czego się spodziewałam. Szłam na film o facecie, który upolował jelenia, przez co niejako zmuszony został siedzieć w lesie i bruździć Janowi Bez Ziemi, facecie, który wygrał konkurs łuczniczy i który zdobywa serce szlachetnej lady Marion, tudzież szlachectwo od powracającego z krucjaty króla Ryszarda. Szłam na film podobny do „Gladiatora”, tyle, że bez muzyki Zimmera. Szłam sobie na fajne oglądanie i tyle.

To, co dostałam powaliło mnie na kolana. Rewelacyjne sceny militarne, wiarygodną postać krzyżowca-marudera, który jest bardziej uczciwy niż ostrożny, niesamowitą lady Marion, która wreszcie nie była szlachetną panienką z pociągiem do bandytów, tylko autentyczną kobietą, subtelną historię miłosną, a przede wszystkim – kawał dobrze zagranego dobrego scenariusza.

Przejdźmy jednak do rzeczy. To, co przeczytacie w zapowiedziach i oficjalnych informacjach to kompletna bzdura. Nie ma „wesołej kompanii” żyjącej w lesie, jest tylko czterech przyjaciół, którzy mieli pecha powiedzieć „król jest nagi” Ryszardowi Lwie Serce. Zwiewają z pola bitwy i całkiem przypadkiem natykają się na wrogi oddział francuski, który zasadził sie na szlachetnych rycerzy wiozących koronę Ryszarda do Londynu, w tym sir Roberta Loxleya. Przypadek sprawia, że niejaki Robin Longstride, łucznik-dezerter, postanawia, ze najlepszą przykrywką będzie przebrać się za rycerzy i bezpiecznie dotrzeć do Anglii. Dociera do Nothingham i spotyka Marion, żonę owego rycerza, która znała swego małżonka zaledwie tydzień, ale przez dekadę jego nieobecności była dobrą gospodynią na jego włościach – taką, co to od pracy nie stroni, bo przecież wojna zabrała wszystkich silnych mężczyzn, a pole obsiać trzeba. Niestety, jeśli rozniesie sie wieść, ze prawdziwy Robert nie żyje, Marion straci ziemię, dlatego jej teść wpada na pomysł, że wcale by mu nie przeszkadzało, gdyby Robin poodgrywał przez jakiś czas jego syna…

Ci, którzy czekają na romantyczno-partyzancką opowiastkę o uroczym rozbójniku mogą od razu oczekiwania wrzucić do kosza, bo strzelania do tarczy tu nie uświadczą. Jest za to politycznie i historycznie wiarygodna historia kraju, którego władca przez dziesięć lat biega po świecie, kraju rządzonym przez człowieka, którego w pogardzie ma nawet własna matka, który w imię namiętności unieważnia małżeństwo z Angielką, by wpaść w ramiona Francuzki. Kraju zagrożonego buntami wewnętrznymi i inwazją Francuzów, wyniszczonego i osłabionego wojną, która nie przyniosła żadnych zysków, który cztery lata wykupywał swojego króla z niewoli. Do mnie bardziej przemawia taka wersja, niż jakaś bajkowa historyjka umiejscowiona w średniowiecznej Anglii.

Jeśli chodzi o wizualną stronę filmu, to jest czym nasycić oczka. Krajobrazy piękne, plenery zabójcze, kadry kipią życiem, a (no nie, ja to muszę powiedzieć) Russel a-bso-lu-tnie boski, a Cate Blanchet jest chyba najlepszą Marion, jaką widziałam. Postacie drugoplanowe soczyste i sympatyczne, braciszek Tuck jest zachwycający i sceny z nim są naprawdę niezapomniane. Co ciekawe, film ma dość dużo autentycznie humorystycznych scen, co daje poczucie oglądania normalnej historii, a nie widowiska historycznego (taaak, rozmowa o mieczu rycerza…) O muzyce nie mam co pisać, powiem tyle, że Zimmer to to nie jest, ale daje radę.

Urzekł mnie wątek miłosny w filmie, jest delikatny i lekki, nie jest osią napędową filmu (tak jak w „Księciu Złodziei” na ten przykład). Scen erotycznych brak, a mina Blanchet, kiedy pomaga się rozebrać Russelowi z kolczugi i odzienia wierzchniego jest bezcenna. Podobno moja też była, ale udam, że nie widzę tego wyrzutu w oczach mojego mężczyzny. Jeśli chodzi o mnie, to wolę takie rozwiązanie niż dzikie fiku-miku na ekranie.

Dobra, kończę, bo mogłabym się długo zachwycać i pewnie jeszcze długo będę, ale Wam powinno wystarczyć to, że przez dobre dziesięć minut rozważałam czy przez tydzień bawić się w sępa żywnościowego po znajomych, żeby zaoszczędzić te 15 złotych na bilet, żeby zobaczyć  film jeszcze raz…

Jeśli chodzi o mnie, to był to najlepszy film, na jakim byłam w tym roku. Włączając Iron Mana 2 i Sherlocka Holmesa.

Robin Hood 2010
reż. Ridley Scott

Advertisements

19 thoughts on “Robin Hood (2010)

  1. Witam
    Dziękuję za recenzję, gdyż cały czas zastanawiam się czy iść na ten film, czy nie. Po dziwnych opiniach na festiwalu w Cannes, miałam wątpliwości.
    Uwielbiam postać Robin Hooda od dziecka i od dziecka zmienił mi się też jego wizerunek. Po Twojej recenzji jednak myślę, że ta najnowsza wersja będzie idealna dla mnie właśnie teraz.
    W sumie dobrze że rezyser odszedł trochę od tej bajkowej wizji drużyny w zielonych rajtuzach:)
    Pozdrawiam

  2. Film rzeczywiście dobry, przede wszystkim dlatego (moim skromnym zdaniem), że zerwał ze schematycznym chłopakiem w rajtkach… Przy okazji zaskoczył tych, którzy -mimo wszystko- na te rajtki czekali do końca 🙂

    Tusienka – iść warto. 🙂

    Pozdrawiam.

  3. ech, ja tez sie złapałam na tym, że myślę „ej, dobra, siedzę tu z półtorej godziny, gdzie te bieganie po lesie?” Zaskoczyło mnie rozwiazanie ale zaskoczyło pozytywnie, bo sama historia i wariacje na temat goszczą na ekranie tak często, że szkoda by było mi na to czasu ;P Dla mnie – rewelacja.

  4. Nie udało mi się jeszcze zobaczyć tego filmu, ale na pewno pójdę, bo uważam, że filmy zrobione z takim rozmachem należy obejrzeć w kinie. Bo tylko tam mamy porządne nagłośnienie i rewelacyjny obraz. Po „Braciach” na pewno wybiorę się i na „Hooda” 🙂

  5. Kiedyś lubiłam Ridleya Scotta, ale niestety jego najlepsze lata dawno przeminęły z wiatrem. Zresztą to nie tylko wina Russela, ale głównie tego, że od połowy lat 90′ XX nie powstają już naprawdę dobre filmy. Nie wybieram się na tego Robin Hooda, nie chcę zepsuć sobie pięknych wspomnień, jak dla mnie zbyt siermiężna ekranizacja.

    Pozdrawiam serdecznie 🙂

  6. Świetna recenzja. Od dawna zastanawiałem się nad pójściem do kina właśnie na ten film, ale zawsze znajdywała się jakaś opinia „ale”. Odrzucała mnie już sama myśl, że główną rolę odgrywa Russel Crowe (którego jakoś specjalnie nie lubię), ale zadecyduje jednak fakt, że reżyserem jest Ridley Scott (autor wyśmienitego „Królestwa niebieskiego”). Zaskoczyłaś mnie również zakończeniem, że jest to najlepszy film włączając Iron Mana 2 i Sherlocka Holmesa. Właśnie te dwa filmy są moimi ulubionymi w tym roku (głównie ze względu na moją sympatię do Roberta Downeya Juniora). Chyba ze względu na ten podobny gust powinienem ruszyć tyłek i wybrać się jutro na szesnastą, do naszego zimnego kina.

  7. omg, będę musiał przekonać moją Pannę, żebyśmy na to poszli… ^^ będzie trzeba zaoszczędzić, bo w zamian za „mój” film pewnie pójdziemy potem do teatru lub filharmonii – ale to też dobrze ^^

    dzięki :*

  8. uwierzcie mi, ja idąc na ten film spodziewałam się tak mało po nim, że aż mi teraz wstyd… Ale lubię Russela w odchudzono-brodatej wersji i lubie Cate Blanchet i szczerze – zakładałam, że jeśli byłam w stanie obejrzeć Surogatów dla Willisa, to Robin Hood powinien mi też wejść i tyle.

    I spodziewałam się liryczno-tkliwej historyjki miłosnej, od czego mi się wnętrzności przewracały… a tu proszę, było normalnie i z sensem. Kurcze, fajny film.

    PS. Mężczyzna mi zabrania iść do kina drugi raz, postawił mnie przed alternatywą „Albo idziemy razem na Księcia Persji, albo sama idziesz na Robina”… dyleeeemaaat!

  9. Film dobrze zrealizowany, ale mnie nie zachwycił. Czegoś tu brakowało, może akcji? Niby była, ale raczej taka sobie. Ta ostatnia bitwa to w ogóle do niczego. Najlepiej wypadł krótki ostrzał żołnierzy po zasadzce, ten w wykonaniu drużyny Robina.
    Może przegapiłem, ale nie powiedziano skąd wzięło się to Hood. Pod koniec nagle tak go nazwał król? 😐

  10. @zbr: ostatnie sceny rozgrywają sie dość dużo czasu po bitwie na plaży, jest jakby „skok” fabularny. A Hood wzięło sie od tego, że kiedy po raz pierwszy Robin zaiwanił zboże, to padły zdania „hej, ktoś ty, pod tym kapturem?” a chwilę potem „a wy kto (do kompanów Robina)?”. Padła odpowiedź „we are men of the hood” czyli „jesteśmy o tego pod kapturem” 😀

  11. Wiem co oznacza hood, ale nie kojarzyłem „nadania” tego przydomku.
    Dzisiaj byłem na „Prince od Persia” i bardziej mi się podobał.

  12. Film jest bardzo dobrze zrobionym kawałkiem kina. Dla każdego coś dobrego – dla facetów ganianie z bronią i wszelkie odmiany potyczek, dla babek – wątek przepięknej , delikatnej i nienachalnej miłości , dla historyków – dobrze oddana epoka i niekolorowane życie, dla młodszych widzów – szybka akcja i dowcipne dialogi a dla starszych patriotyczne sceny rycerskie albo jeszcze coś innego itd,itd. Przy tym wszystkim nie ma dłużyzn i beblania. Fantastyczne podejście do tematu i zaskakujące rozgrywanie poszczególnych wątków jest wystarczającym powodem ,żeby iść do kina na Robina Hooda.Jeżeli to komuś nie wystarcza to niech popatrzy na obsadę i realizatorów i uwierzy mi na słowo, że warto zobaczyć ten film ze względu na ich role i reżyserię. Miłego oglądania.

  13. wybieram się na „Księcia” na pewno, zobaczymy, czy Miranda nie będzie chciała się pozachwycać pierwsza 😛
    ja muszę pozbyć się oczekiwań związanych z grą (grałam we wszystkie części), a jak się już pozbędę, to pewnie będę się świetnie bawić…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s