Pustynna Włócznia t.1

Wybrańcy nie mają łatwo, szczególnie, kiedy na każdym kroku muszą udowadniać, że na ten tytuł zasługują, w okolicy pęta się jakiś malowany typ, a twoja własna żona nie zawaha się przed niczym, by wszystko poszło zgodnie z (jej) planem…

Pierwszy tom „Malowanego człowieka” rozpędził mnie jak na sankach z oblodzonej górki, drugi – jechałam siłą rozpędu, ale górka jakaś płaska się zrobiła. Nic to, mówię, przecie to pierwsza część trylogii, daj facetowi czas, nie można ciągle gnać na złamanie karku. Nie przeczę, dużo sobie po „Pustynnej włóczni” obiecywałam. Dwa grubaśne tomiszcza, smakowita okładka i szansa na nieco wyjaśnień. Nic, tylko żreć.

Obiecywałam sobie, że nigdy nie napiszę recenzji „pierwszej części czegoś”, bo nie ocenia się zawartości między okładkami, ale całą historię, jednak pierwszy tom mnie zmęczył tak, że do drugiego nie siądę przez czas jakiś. Nie, żeby był zły, nie, żeby był nudny, ale… czegoś mi brakło.

Brett jest czarodziejem stylistycznym, to jest pewne. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć tego, że książkę się pochłania. Z tym, że dla mnie jest jak paczka prażynek – dobre, zapycha, ale zostawia uczucie pustki. Poza tym ciągle miałam wrażenie, że „gdzieś to już czytałam”. Choćby początek – skrzyżowanie „Gry Endera” z „Achają”. Młodzieniec będący dzieckiem przeznaczenia z dna społecznego wybija się na szczyt, coś nowego proszę!

I oto się pojawia ONA. Jedyna jak dotąd postać, która mnie zafascynowała: Inevera. Dama’ting plemienia głównego bohatera, Jardira, jego żona, kapłanka i świetny strateg polityczny. Scena, w której spokojnie (ba, wręcz pokornie!) oznajmia mężowi, że to ona się zajmie wyborem żon dla niego, a on się niech spokojnie zajmie tym, czym mężczyzna zająć się powinien (czyli wojną) i późniejsze rozwiązanie, które zasłużyło tej kobiecie mój dozgonny szacunek. Co za baba! Po męsku bezwzględna, po kobiecemu seksowana, używa ciała jako broni i religii jako tarczy. Tak, dla Inevery warto czytać całą opowieść.

Niestety, reszta bohaterów pozostaje płaska. Jardir nie jest mężczyzną dla mnie, mam słabość do drani, ale nie z zacięciem arabsko-szowinistyczym. Arlen? Nadal pomalowany i nadal ma problemy sam ze sobą, choć i tak jest bardziej zjadliwy od pana J. Przynajmniej nie robi z siebie demon-wie-czego, z drugiej strony nie jest tanim samotnym wilkiem, tylko porządnym chłopem i dobrze mu życzę. O, Rojer nadal jest postacią z potencjałem, naprawdę ciekawi mnie, jak się chłopak rozwinie.

Nadal nie cierpię Leeshy. Nie cierpię jej żywiołowo,  bo jest cierpiętniczą, świętą cnotką, wokół której autor robi strasznie dużo szumu, jakby sam chciał sobie udowodnić, że jest to osoba zasługująca na uwagę. Wybiela ją na każdym kroku, no ja nie mogę, chce mieć dzieci, ale nie chce, chce iść do łóżka, ale nie chce, chce być wojownicza, ale nie chce, chce być bliską przyjaciółką, ale nic więcej, tylko dbaj o mnie, choć tego nie chcę…. aaaaaaaaaa! Kompletnie nie kupuję tej postaci i życzę jej jak najgorzej. A wrr.

Poza tym mam takie dziwne wrażenie, że pan Brett jest osobą nieśmiałą – przynajmniej, jeśli chodzi o seks. W tych książkach brakuje seksu. Napięcia, gier, powabu. Owszem, są akty, ale nie ma seksu – za to mamy gwałt  homoseksualny, gwałt kazirodczy (te rozdziały były kosmiczną mordęgą – autor zamiast delikatnie stopniować horror przez całość powieści walnął na koniec taką gulą, że ciężko było to przełknąć), mamy też różnego rodzaju zapładniania w celu poczęcia synów oraz jeden akt będący przekupstwem tudzież jedną scenę prawie-uwodzenia (w wykonaniu panny niedajki, więc mogę być uprzedzona). Nie jestem cnotliwa, nie, ale dlaczego jeden rozdział z „Wilka samotnika” o przygodach Koniasza, gdzie nawet nie było „sceny”, tylko rozmowa, zostawia mnie w stanie, że muszę sobie pooddychać, a tutaj czytam i myślę „żeby się to już skończyło”? Kładę to na karb tego, że autor jest świetny w tylu innych rzeczach, że w tej jednej nie musi. Albo, że ktoś mu powiedział, że trzeba, więc napisał z bólem serca.

Ksiązki Bretta mają świetny świat, który aż piszczy, żeby o nim czytać, dlatego będę brnęła dalej w opowieść o dwóch Wybrańcach, nawet, jeśli jednego uważam za fanatycznego bufona (ale on ma świetną żonę, więc chcę więcej!). Zobaczymy, co przyniesie tom drugi, bo pierwszy zaledwie liznął główny wątek, jakim jest wojna z demonami. Jeśli chodzi o mnie, to wierzę w pana Bretta, że będzie nadal przekuwał swoje rewelacyjne wizje na papier – z czasem w sposób bardziej „nieprażynkowy”.

Peter V. Brett, Pustynna włócznia t.1
wyd. Fabryka Słów, Lublin 2010

 

Reklamy

5 thoughts on “Pustynna Włócznia t.1

  1. Mam ją na półeczce i nawet podszedłem do nie jakiś czas temu jednak po 2 stronach mnie nie zachwyciła, a mam tyle ciekawych alternatyw, że ja odłożyłem „na później”:) Fajnie jest wydana ta książeczka:)
    A powiedz mi: Ona się łączy fabularnie z Malowanym człowiekiem?

  2. tak, jest to druga część „Trylogii wojny demonów”, gdzie pierwszą częścią był właśnie Malowany. Tyle, że o malowanym mniej, więcej o tych Arabo-pustynniakach 😛

  3. Ja bym tę książeczkę skompresowała radykalnie, powycinała sporo upierdliwych momentów, złożyła kilkukrotnie i przydepnęła. Z samej idei, bohaterów i tego, co pozostałoby z powieścidła wyszłaby całkiem konkretna i smaczna czytaneczka.
    A tak, jakem książkomaniak i wielbiciel literek, cierpliwości mi z trudem starczyło…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s