Wiedźmikołaj (2006)

Była wigilia Nocy Strzeżenia Wiedźm. Cały dom spowijała cisza, nie śmiała pisnąć nawet myszka. A dwójka dzieciaków zastanawiała się nad sensem wierzenia w Świętego Miko… Aj, przepraszam! W Wiedźmikołaja, naturalnie. Guwernantka Susan nader chętnie wyjaśniła, że w Wiedźmikołaja należy wierzyć, bo inaczej nie będzie prezentów. A Susan wie, co mówi. Świetna z niej guwernantka. Opowiada mądre bajki na dobranoc, a gdy dzieciaki boją się potwora z piwnicy, Susan bierze pogrzebacz i potwora ubija. Prawda, że fajna?

A skoro już o ubijaniu mowa. Wiedzieliście, że w Ankh-Morpok działa Gildia Skrytobójców? Audytorzy wiedzą. Owi tajemniczy Audytorzy chcą się kogoś pozbyć. Tym kimś jest nie kto inny, jak… Wiedźmikołaj! Ale jak to? zapytacie. Wiedźmikołaja? Dlaczego? Co z prezentami? Czy to już koniec? Czy nie ma kogoś, kto może uratować Święta?!

To trudne pytania, a odpowiedzią na nie będzie Śmierć. Tak, tak, dobrze widzicie. Sam Śmierć wmiesza się w sprawę Wiedźmikołaja. I nie będzie sam! Pomoże mu jego wnuczka, o wdzięcznym imieniu Susan. Nadążacie? Tak, ta sama Susan, która się na potwory z pogrzebaczem rzuca. Bo widzicie, sprawa nie będzie łatwa. Po drodze pojawi się pan Herbatka, Wróżka Zębuszka, profesorowie z Niewidocznego Uniwersytetu i jeszcze kilku innych łotrów.

Tutaj muszę się do czegoś przyznać. Nie czytałam pierwowzoru tego filmu. Tak, wiem, wstyd i hańba, żałuję i obiecuję się poprawić. Trochę mi to co prawda zajmie, bo książki Pratchetta postanowiłam czytać w takiej kolejności, w jakiej były wydawane, więc do Wiedźmikołaja jeszcze mi daleko… Ale! Tym, co przeczytałam, jestem zachwycona.

Z racji powyższego nie będę się wypowiadać w sprawie zgodności adaptacji z oryginałem. Ale z chęcią pozachwycam się samym filmem. Specyficzny humor Pratchetta widać już od pierwszych scen, między innymi za sprawą narratora. Po krótkim słowie wstępnym zaczynamy poznawać bohaterów. A potem zaczyna się właściwa akcja. Mamy więc z jednej strony pana Herbatkę i jego łotrów, którzy chcą się pozbyć Wiedźmikołaja, a z drugiej Śmierć, który ma zamiar temu zapobiec. Jest więc i wesoło, i dziwacznie, i trochę strasznie.

O fabułę zadbał Pratchett, film natomiast dodaje do niej aktorów. Ciarki niepokoju na plecach wywołuje postać pana Herbatki, którego gra Marc Warren. Mogliście go wcześniej spotkać w serialach Doctor Who, Life on Mars czy w filmie Wanted: Ścigani. W Wiedźmikołaju gra dość psychopatycznego osobnika, który bez mrugnięcia szalonym oczkiem będzie chciał wykończyć tytułowego staruszka. Jego przeciwnikiem będzie sam Śmierć, który tym razem przemawia głosem Iana Richardsona. Podobnie jak w recenzowanym przeze mnie wcześniej Kolorze Magii, także i tutaj pojawia się David Jason. Ten Brytyjczyk jest u nas mało znany, za to bardzo ceniony w swojej ojczyźnie, głównie za role w serialach: komediowym Only Fools and Horses… i kryminalnym A Touch of Frost.

Wiedźmikołaj to pierwsza ekranizacja prozy Pratchetta. Film broni się zarówno jako zgrabna, choć długa (3 godziny) całość, a także jako parada wybornych, dopracowanych szczegółów (uwielbiam momenty, w których Śmierć próbuje rubasznym tonem wymówić wiedźmikołajowe „ho ho ho”). Polecam ten film nie tylko na zimowe wieczory. Każdy wieczór jest dobry do tego, by się zdrowo pośmiać.

Recenzja została napisana dla portalu Oblicza Kultury

Reklamy

9 thoughts on “Wiedźmikołaj (2006)

  1. Uwielbiam, uwielbiam, UWIELBIAM! 😀
    Śmierć to mój najulubieńszy z ulubieńszych motywów Pratchettowych! 😀
    Ten film pokazuje, że czasem dzieci mają więcej racji niż dorosłym się wydaje i warto im zaufać. Skrycie marzę, żeby wrócić do dzieciństwa i mieć taką opiekunkę jak Susan…

    A scena z „Ho, ho, ho” rozbraja chyba każdego 😉

  2. Dobra. Przyznam, że czuje się zainteresowany.
    W najbliższym czasie zobaczę to dzieło. I pewnie trochę ponarzekam.

  3. Piekło pocztowe już obejrzałam i bardzo mi się podobało (tylko czasu do napisania recenzji jakby brak), a Wiedźmikołaja zamówiłam w empiku i czekam, bo niestety razem z jakimiś unikatami dla mojego męża idzie, co trwa i trwa. Jeszcze został Kolor magii 😀
    A książka jest rewelacyjna, czytało się ją kapitalnie!

    1. Książkę na pewno zmacam w przyszłości, bo mam ciężki zamiar się z całym Pratchettem zapoznać. No i Piekło pocztowe też obejrzę, skoro już się zabrałam za ekranizacje (i póki co nie jestem zawiedziona) 🙂

  4. Hehe, świetny film, nie da się ukryć. W zasadzie to brakowało mi tylko książkowych meneli i akcji z Mysią Śmiercią – ale i tak film zrealizowano rewelacyjnie.
    Równie dobry jak „Kolor Magii” :]

  5. Mam nadzieję, że od tego czasu już przeczytałaś pierwowzór. 😉 Jest świetny, podobnie jak i inne książki z cyklu o Śmierci. A film pięknie oddaje klimat książki.

    P.S. Polecam też Piekło pocztowe, zarówno w papierze jak i na taśmie filmowej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s