X-men: Pierwsza klasa

Poleźliśmy z mężczyzną mym na film, przy czym ja nie spodziewałam się niczego, poza prostą rozrywką ze świata komiksu, ot, jeszcze jedna zgrabna ekranizacja iskrząca się efektami specjalnymi. Szczególnie, że film miał dotyczyć mutantów obdarzonych supermocami. Najbardziej zaskakujące było jednak to, że tym razem opowiadał uniwersalną i jakże prawdziwą historię walki dobra ze złem – nie tylko tym, które nas otacza, ale, przede wszystkim, złem tkwiącym w nas samych. A czyni to bez fajerwerków. Oto opowieść o superbohaterach, którzy są bardziej ludzcy, niż chcielibyśmy ich widzieć.

Widziałam sporo prób „urealnienia” superbohaterów poprzez dodanie im traum, problemów, nie mówiąc o próbach przeniesienia ich w świat współczesny i rzeczywisty. Widziałam też opowieści z pogranicza (jak choćby wspomniany przeze mnie wczoraj „Niezniszczalny”), ale rzadko kiedy można oglądać realistyczną historię osadzoną w świecie komiksowych herosów. Tutaj dostajemy wiarygodny, a równocześnie bardzo nam bliski, tragiczny obraz chłopca, który stracił rodziców w jednym z wielu obozów zagłady na terenie… Polski. Chłopiec w porywie gniewu i strachu wyzwala w sobie pokłady mocy, które pozwalają mu kontrolować metalowe przedmioty.

Z drugiej strony mamy chłopca żyjącego w cieplarnianych warunkach, które jednak nie zapewniają mu tego, czego najbardziej potrzebują dzieciaki, czyli miłości i przyjaźni. A to, że chłopiec potrafi czytać w myślach, nawiązywaniu więzi nie pomaga. Jest jednak ciekawy świata z łagodnością badacza, w dodatku świadomym swojej „ułomności” czy też… mutacji. Sprawia to, że w obliczu niebieskoskórej dziewczynki jedyne, co czuje, to przypływ sympatii i odtąd stają sie nierozłączni.

Chłopcy dorastają – jeden poświęca życie znalezieniu obozowego oprawcy, drugi – nauce, szczególnie genetyce. Choć obydwaj mają przed sobą cel, czują się samotni. Tak, jak tylko mogą odmieńcy ukrywający swoje możliwości w „normalnym” świecie. Ich spotkanie jest nieuniknione, jak również to, że się zaprzyjaźnią. I to, że staną się wrogami, gdyż ich poglądy są zbyt skrajne, pozostając – paradoksalnie – dwoma stronami jednej monety, z prawdą leżącą gdzieś pośrodku.

Oczywiście osoby znające układ sił panujący w świecie X-menów nie będą zaskoczeni zakończeniem, jednak obiecuję im rewelacyjną rozrywkę. Jest to jednak rozrywka skłaniająca się raczej ku „Strażnikom” („Watchmen”) niż „Thorowi”, świetnie zagrana, wiarygodna historia. Nie znajdziemy tu mega-znanych twarzy z wyjątkiem Kevina Bacona, który gra arcyłotra. Aktorzy jednak wypadają świetnie, nie rzucają banalnymi tekstami, a nawałnica efektów specjalnych pojawia się dopiero w ostatniej, finałowej scenie (tutaj wtrącę, że wydaje mi się, iż używano modeli, a nie renderów 3D. Jeśli tak, to film podskakuje ze dwa oczka wyżej w moim rankingu). Świetnie została oddana niejednoznaczność motywów bohaterów, ich zagubienie w świecie i rozpaczliwa chęć bycia… kimś. Niekoniecznie w oczach całego świata, ale wystarczy, że w swoich własnych.

Nie mam zielonego pojęcia, na ile przedstawiona historia jest zgodna z komiksowym multiversum, więc nie będę się wymądrzać czy film dobrze oddaje bohaterów. Wydaje mi się, że nawet pobieżna znajomość świata X-men gwarantuje dobrą zabawę. Szczególnie, że twórcy wrzucili kilka naprawdę uroczych smaczków dla fanów, choćby w postaci Wolverine’a, granego przez Hugh Jackmana, który występuje w krótkiej, ale soczystej scence.

Pomyślcie sami, czy nie czuliście się kiedyś jak jakiś mutant czy inny kosmita, rozpaczliwie pragnąc stać się jak „inni”, zmagając się ze swoją samotnością i robiąc straszne głupoty, by pokazać, że wam „nie zależy”? Taki właśnie jest ten film, ale na szczęście nie epatuje nastoletniością (tzw. „teen drama”), ale raczej odwołuje się do delikatnego uczucia wyobcowania, które każdy z nas odczuwa, kiedy znalazł się nie na swoim miejscu. Przy okazji bawi i intryguje, cieszy oko efektami i ucho muzyką. Jeśli więc nie macie nic przeciwko niebieskiemu futerku, skrzydełkom czy  laserom z klaty – polecam, bo naprawdę warto.

PS. Brytyjski akcent!

X-men:Pierwsza klasa (2011)
reż. Matthew Vaughn
scenariusz Jane Goldman, Ashley Miller
wyst. James McAvoy (Charles Xavier), Michael Fassbender (Erik Lehnsherr / Magneto), Jennifer Lawrence (Raven/Mystique) i inni.

Advertisements

9 thoughts on “X-men: Pierwsza klasa

    1. przyznaję się bez bicia, że właśnie angielski akcent w osobie Tima Rotha jest głównym powodem oglądania serialu „Magia kłamstwa” (Lie to me). To i dzika radość psychologa oglądającego serial o emocjach 😀

  1. Oj tak. Niby scena z Wolverinem jest krótka, ale oddaje w pełni tą postać. W całym filmie jak dla mnie najlepsi są Magneto z jego żądzą zemsty i świadomością, że nigdy nie będzie zaakceptowany między ludźmi i Mistique, która waha się między chęcią bycia normalnym człowiekiem, a chęciom bycia zaakceptowanym taką jaką jest. Dodatkowo niewidocznie w filmie przewijają się postacie Storm i Cyclopsa (Scota Summersa – młodszego brata Alexa/Havoca) – w wizji podczas pierwszego odpalenia Cerabro. W całym filmie pojawia ją się dwie, ale za to ważne niespójności:
    1 – W filmie Wolverine też pojawia się Xavier, ale bez swojego wózka (choć stracił władze w nogach już wcześniej)
    2 – W X-men – ostatni Bastion na początku pokazani są Magneto i Xavier już jako starzy ludzie i do tego w dość przyjaznych stosunkach.
    Mimo tych wpadek to i tak uważam tą serię filmów za najlepsze adaptacje komiksów…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s