Trzej Muszkieterowie

Film ten udowadnia przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwsza: czasami nie wystarczy się uśmiechać i mówić niskim głosem, by brzmieć złowieszczo (tak, Orlando, do ciebie piję). Druga: czasami wystarczy mówić niskim głosem, by całkowicie zaabsorbować uwagę widza. No, przynajmniej jego żeńskiej odmiany. Gratulacje, szanowny panie Matthew Macfadyen! A teraz proszę zrobić miejsce, bo będzie o Muszkieterach (:

W Muszkieterach może nie kochałam się od maleńkości, ale zawsze czułam do nich spory sentyment. Powiewające w ferworze walki płaszcze i peleryny, ogromne kapelusze z piórami, ostre szpady i równie ostre słowa… Muszkieterowie mieli swój urok, któremu nie potrafiłam się oprzeć.
Bez bicia przyznaję się, że książkowego oryginału nie czytałam. Jest to bardzo częsta przypadłość, jeśli o mnie chodzi, więc tradycyjnie na chwilkę odwrócę wzrok, leciutko się zarumienię ze wstydu, po czym udam, że nic się nie stało i będę kontynuować swój wywód. Bo książki nie znam, ale oglądałam kilka jej filmowych adaptacji.

Zaczęłam może trochę z niewłaściwej strony, bo od filmu z 1993 roku. Z tego, co zauważyłam, nie cieszy się on wielkim szacunkiem wśród miłośników książki. Jeśli to prawda, to zdeptają oni najnowszą ekranizację i wgniotą ją w ziemię… Ale po kolei.
Ten konkretny film znany jest chyba najbardziej z tego, że Atosa grał w nim Kiefer Sutherland – pamiętacie Jacka Bauera z serialu 24 godziny? W filmie pojawił się też (jeszcze nie zaćpany) Charlie Sheen jako Aramis, a Konstancję zagrała urocza Julie Delphy (Przed wschodem słońca). Ja natomiast najbardziej chciałabym zwrócić uwagę na postać kardynała Richelieu, którego zagrał Tim Curry – jeden z moich ekranowych ulubieńców. Gra tak, jakby chciał udowodnić zasadność swojego nazwiska – nawet, jeśli jest go na ekranie niewiele, to niezmiennie dodaje smaczku scenom, w których się pojawia, odsuwając innych aktorów nieco w cień.

Następny był D’Artagnan. Filmik taki sobie i właściwie nie pamiętam z niego wiele, oprócz tytułowego bohatera. I tutaj dwie uwagi dla serialożerców – D’Artagnana zagrał Justin Chambers, którego powinniście kojarzyć z Chirurgów, a jego głównego przeciwnika Tim Roth (Magia kłamstwa). Smaczku dodawała królewska Catherine Denevue.

I jeszcze jeden film, a właściwie pełna uroku perełka z lamusa: Trzej Muszkieterowie z 1973 roku. Wystąpiła tam plejada ówczesnych gwiazd kina: Michael York (D’Artagnan), Richard Chamberlain (Aramis), Charlton Heston (Richelieu), Geraldine Chaplin (Anna Austriaczka), Christopher Lee (Rochefort) czy Faye Dunaway (Milady de Winter). Czarowali oni pośród pięknych ujęć, sypiąc nieco już dla nas przestarzałym humorem.
[Tak, mam słabość do takich filmów. Moim ulubieńcem jest Karmazynowy Pirat… ale o tym może innym razem.]

Teraz przejdę wreszcie do tak zwanego sedna sprawy, czyli do Trzech Muszkieterów z roku 2011, w cudownej technologii 3D. Aria podesłała mi kiedyś zwiastun z komentarzem: „Idziem!”, na co ja odparłam: „No ba!”. I poszłyśmy. I uśmiałyśmy się jeszcze bardziej, niż na Conanie.
Trzon historii został zachowany: młody Gaskończyk kończy nauki u ojca i wędruje do Paryża, by zostać Muszkieterem. Już pierwszego dnia podpada trzem mężczyznom, umawia się z nimi na pojedynki, po czym we czwórkę rozwalają cały zastęp osobistej straży kardynała Richelieu. Idąc jednak tropem tego, co ostatnio znane i lubiane, do fabuły dorzucono Leonarda da Vinci i jego projekt machiny wojennej. I teraz zaczyna się zabawa.
Na sam początek – Milady de Winter. Milla Jovovich cały film dreptała w pięknych sukniach, uśmiechała się pod zgrabnym noskiem ni to kokieteryjnie, ni to ironicznie i biegała między fruwającymi strzałami. Miło było popatrzeć, jak skacze z dachu Wersalu, ale pozwólcie, że przejdę do ciekawszych postaci.
Muszkieterowie. Czterech chłopa, którzy będą się bić o słuszną sprawę. Cztery różne temperamenty, cztery różne charaktery, a każdy ciekawy. Do roli młodziutkiego D’Artagnana zaangażowano pięknookiego i gładkolicego Logana Lermana, którego mogliśmy niedawno oglądać w roli Percy’ego Jacksona. I wiecie co? Poradził sobie. Nie wiem, jak było w książce, ale tutaj D’Artagnan ociekał młodzieńczym buntem, urokiem braku zarostu i bezczelnością. Aż dziwne, że wpasował się w towarzystwo starych i nieco już przecież zgorzkniałych Muszkieterów… No właśnie, jak się miewa stara gwardia? Były ksiądz Aramis (Luke Evans) już na początku rzuca bardzo niedwuznaczne wypowiedzi. Zdradzony Atos (wspomniany Matthew Macfadyen) mruczącym głosem mówi… W sumie nieważne, co mówi, ważne, że mruczy. A na rzucającego ludźmi Portosa (Ray Stevenson) zawsze miło popatrzeć.
Po raz kolejny wisienką na torcie zostaje Richelieu. Tym razem grany przez Christopha Waltza, którego uwielbiam od czasów Bękartów wojny. Jego kardynał jest idealnie dwulicowy, manipuluje ludźmi, nawet nie podnosząc wzroku znad świętych ksiąg.

Dobra, wystarczy tej powagi, bo film poważny nie jest. Są sterowce, steampunkowe zabawki i jest Orlando Bloom – zdecydowanie główny powód wybuchów dzikiego, z trudem tłumionego śmiechu, zwłaszcza z fotela obok, na którym siedziała Aria. W pewnym momencie nie byłam pewna, czy bardziej się śmieję z aktorskich popisów Blooma, czy z Arii, próbującej nie sturlać się pod fotel ze śmiechu.

Film tak mocno pachnie Piratami z Karaibów, że musiałam się po wszystkim upewnić, że nie robiła go ta sama ekipa. Muzyka była łudząco podobna, za wyjątkiem piosenki, jaka popłynęła z głośników podczas napisów końcowych – bardzo przypadła mi do gustu, choć kompletnie nie pasowała do filmu. Pirackie klimaty trzymały się praktycznie każdej sceny filmu, czaiły się w sposobie prowadzenia rozmów, pośród brawurowych ucieczek, podstępów, intryg, w koziej bródce i kolczyku księcia Buckingham… Tak, Orlando Bloom grał księcia Buckingham. Z kozią bródką, kolczykiem w uchu i w błękitnym wdzianku.

Orlando Bloom stoi na ruinach swojego gabinetu, patrząc gniewnie w ślad za uciekającymi jego sterowcem muszkieterami, krzycząc: Atooooos!

A ja mam przed oczami Gargamela, który, wygrażając pięścią i tupiąc nóżką, wrzeszczy: „Jak ja nie cierpię Smerfów!”.

Rozpisałam się o Muszkieterach, a nie powiedziałam w końcu, czy warto w ogóle się wybierać do kina. Powiem więc teraz: warto. Ja bawiłam się setnie. Walki na płaszcze i szpady dostarczały rozrywki, wybuchy były efektowne, a gadżety i wyszukane ubiory cieszyły oczy. Aktorzy w większości spisali się bardzo dobrze, a jeśli nie bardzo dobrze, to przynajmniej bardzo zabawnie. Muzyka specjalnie odkrywcza nie była, ale przeprowadziła przez film bez zgrzytów.
Podsumowując: Trzej Muszkieterowie 3D to kolejna ciekawa pozycja wśród współczesnych filmów rozrywkowych. Nastawcie się na sporo łatwego humoru, dużo efektów specjalnych, idźcie do kina i bawcie się dobrze 🙂

Take That – When We Were Young

Reklamy

One thought on “Trzej Muszkieterowie

  1. cześć, widzę, że zainteresował Cię temat muszkieterów. Ja fascynuję się nimi od maleńkości właśnie i od filmu z 1973-74. Długo by pisać o scenariuszu (majstersztyk- ten drugi i trzeci plan, te realia historyczne, te scenki ze smaczkami- np. przejazd lektyką Kardynała itp itp itd itd). Polecam swojego bloga poświęconego temu tematowi i zachęcam do dyskusji.
    muszkieterski.blog.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s