Konferencja – raport nieformalny.

Dawno, dawno temu mała Szyszka wymyśliła sobie, że zostanie wykładowcą. Nie została, z przyczyn do dziś mrocznych i wątpliwych (choć, możecie wierzyć, była w to zamieszana pewna Sorbona). Szyszka na dobre kilka lat straciła serce do zawodu, głowę dla innej pracy, wyhodowała sobie też śliczną depresję związaną z mobbingiem w miejscu jej nowej pracy.Potem wróciła do psychologii. A potem – do Wielkiego Szysznego Snu o byciu wykładowcą. Rozpoczęła go z impetem w środę, 23.11.2011 roku. Pod skrzydłami dr Fiuta.

Konferencja dziką imprezą jest, więc dzień wcześniej pojawiłam się w Krakowie, gdzie z Mirandą uznałyśmy, że sen jest dla mięczaków, rozdarłyśmy gardła na „Dupce na dwa serca”, Szyszka wrąbała śledzie pod kołderką (taka potrawa, nie siedziałam faktycznie pod pierzyną). Odstawiłam wystąpienie na sucho, przy czym okazało się,  że o ile nie zagnę czasoprzestrzeni, nie ma bata, żebym się zmieściła w wyznaczonym czasie. Nic to, z ciężkim sercem wyrzuciłam lolkoty i coś jeszcze, mówi się trudno i żyje się dalej.

Rano, odprowadzona sennym spojrzeniem gospodyni (i całkiem rozbudzonym kopniakiem) udałam się na Akademię Krakowską. Za rzekę, Wisłę dokładnie. W tłoku ze studentami, którzy twardo udają, że czapki to przeżytek, dygocącymi z zimna pannami, które przedkładają modę nad rozsądek… ech, nostalgicznie mi się zrobiło. W każdym razie doturlałam się do stolika konferencyjnego, pobrałam haracz w postaci identyfikatora i olbrzymiej torby z małą książeczką (ale treściwą!) i potuptalam w stronę miejsca wykładu otwierającego imprezę. Władowałam się do sali, przysiadłam koło koleżanki po konferencyjnym fachu i oddałam się rozkoszy słuchania doktora Pucka.

Pucek w ciągu kwadransa zafundował mi regres na drugi rok studiów, namiętnie operując nazwiskami, które starałam się przez ostatnią dekadę wyprzeć z pamięci. Nic to, oddałam się kompletacji nieszczęśliwych min studentów, których spędzono na wykład, żeby za tłum robili. Biedacy (dobrze im tak, studiowanie ma być nudne i ciężkie, he he). Koleżanka obok mnie okazała się nadzwyczaj sensowną osóbką, spędziłyśmy razem resztę konferencji, gdyż okazało się, że ona bada… fanfiki potterowe. Jak można kogoś takiego nie polubić?

Jest Fiut, musi być i Pipa. Kocham Kraków!

Wyjaśniam – fanfiction jest to opowiadanie stworzone na podstawie dzieła literackiego (czy innego cuda) lub z użyciem osób występujących realnie, tworzone przez fanów danego zjawiska. Potter-fani piszą opowiadania z użyciem postaci z książki wiadomej, ja się trzymam od tego z daleka (przynajmniej oficjalnie, są opowiadania, które stoją na bardzo wysokim poziomie, ale niestety masa to zwyczajny badziew, ale o tym może przy okazji jakiegoś Szajsu Tygodnia, co?). Basia miała świetny wykład na ten temat, w marcu będzie go można przeczytać (tak jak i wypociny niżej podpisanej).

Niestety, Szyszka miała pecha. Kosmicznego pecha, bo poprzedzający ją prelegenci przedłużyli swój czas antenowy i z 20 minut zrobiło mi się 12. a ja ledwo w 20 się mieściłam, przypominam. W rezultacie w około 1/3 zabawy usłyszałam „czas, czas”, wypowiedziane przemiłym, acz stanowczym głosem moderatora dyskusji panelowej, osławionego dr Fiuta. Z tej jednej rzeczy jestem diabelnie niezadowolona, bo co, jak co, ale ja lubię i umiem ciekawie mówić, a temat miałam zaiste ciekawy. Dla uczestników również. Śmiali się w odpowiednim momencie przynajmniej. O tyle mi źle, że na drugiej części panelu ostatnie osoby miały aż za dużo czasu, a wrr.

No, ale miało być o profesorze nadzwyczajnym, doktorze habilitowanym o przeciekawym nazwisku, prawda? Otóż dr Fiut jest przeuroczym, kompetentnym, obdarzonym niesamowitą wiedzą i poczuciem humoru człowiekiem. Poza tym uważam, że przy TAKIM nazwisku trzeba, no, mieć jaja, żeby mało tego, że zrobić karierę, to jeszcze wydać tomik swojej poezji.  Który, nota bene, dostałam. Ja i Basia miałyśmy ten niezwykły zaszczyt potrząśnięcia dłonią i nagrody z autografem. Basia za rzetelność i świetne opracowanie, ja za niezwykły dynamizm. Nie wiem, czy to dobrze, ale pocieszam się myślą,  że za rok będzie miał efekt śpiocha i będzie pamiętał jedynie ogólne pozytywne wrażenie.

W międzyczasie zeżarłam obiad z tamtejszej stołówki (urok bycia personą na uczelni), odkryłam, że buty na obcasach, nawet niskich, robią mi krzywdę (wniosek – do butów weselnych ćwiczyć już miesiąc wcześniej), dowiedziałam się masy ciekawych rzeczy, wysłuchałam wykładu, w którym pojawiły się czarne dziury i dinozaury – przypominam, temat konferencji to „Media i kultura popularna”, więc dinozaur  musi być.  Potem zostałam zgarnięta przez Mirandę i pojechałyśmy na Rynek, pomacałyśmy Złotą Pipę, pobiegłyśmy na spotkanie z kolegą i Miranda zrobiła Szyszce przepiękne zdjęcia.

Evil Szyszka is watching you!

Oczywiście nadal uważałyśmy, że spanie to przeżytek i jest dla ludzi słabych, więc dopiero dzisiaj jestem w jako-takiej formie życiowej. Fajnie jest na konferencjach, mówię Wam…

Advertisements

5 thoughts on “Konferencja – raport nieformalny.

  1. Noooo, szacuneczek, Szysz 🙂
    Z tymi butami weselnymi masz rację, ćwicz, żebyś nie zrobiła tego, co ja na swoim ślubie, jak przełamię kiedyś ten straszny wstyd to opowiem ;-))

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s