Lwy Al-Rassanu

Działo się, moi drodzy. Może nie aż tak wiele i nie z wielkim hukiem, ale działo się w życiu studentki… Byłej studentki. Wykształcenie wyższe zdobyte, pozostaje myśleć o tym, co dalej. Ale spokojnie, nie będę wam tym zawracać głowy. Chciałam tylko podzielić się dobrą nowiną, że wraz z końcem studiów znalazł się czas i ochota na czytanie „normalnych” książek 🙂 I w związku z powyższym – poniżej recenzja pewnej rewelacyjnej książki.

Przeczytałam w ciągu ostatniego miesiąca kilka książek, co stanowiło przyjemną odmianę po miesiącach nieco przymusowej posuchy, ale do pierwszej recenzji po tej dłuższej nieobecności wybrałam właśnie Lwy Al-Rassanu. Dlaczego? Bo po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam to – ten cudowny kac książkowy. Kiedy zamknęłam ostatnią stronę tej książki, potrzebowałam czasu, by spokojnie odetchnąć, by pogodzić się z tym, że to już koniec historii. Potrzebowałam chwili ciszy, by pożegnać te fikcyjne postaci, z którymi zdążyłam się zaprzyjaźnić.

Pozwólcie, że zanim przejdę do sedna, opowiem wam jak to się stało, że sięgnęłam po Lwy Al-Rassanu. Niech to stanowi dla was pewne ostrzeżenie…
Guy Gavriel Kay – nazwisko dość znane, tkwiło mi w pamięci, oznaczone etykietą „dobry i ceniony pisarz fantasy”. Dlatego, gdy pojawiła się możliwość zdobycia Lwów… po niższej cenie, nie zastanawiałam się długo. Ale jeszcze nie zaczęłam ich czytać, bo wcześniej dopadłam inną książkę Kaya – Ysabel. Zaintrygowała mnie okładka (tak, ja z tych) i krótka zapowiedź historii piętnastolatka, który natknął się na coś nadprzyrodzonego w pięknej, francuskiej Prowansji. „Błyskotliwa zmiana kierunku dotychczasowego pisarstwa” – nęcił opis na okładce.
Kiedy po 150 stronach wciąż nic się nie działo, a ja praktycznie zasypiałam nad książką, stwierdziłam, że coś jest nie tak. Może nie potrafię docenić pisarstwa Kaya? Na szczęście na pomoc rzuciły się Szyszka i Foka, każąc mi wywalić Ysabel w kąt (nie zrobiłam tego, ale nie zyskałam wiele, bo nudno było do samego, słabego końca) i zabrać się za Lwy…. Tym razem posłuchałam i już wiecie, jak na tym wyszłam.

Zostałam wrzucona w świat, który tylko trochę przypomina nasz własny za czasów wojen religijnych. Tutaj religie są trzy: wiara w Gwiazdy, Księżyce i Słońce. Porównań do trzech współczesnych religii jest wiele i nie potrzeba dość mylącego opisu z tyłu okładki, by te porównania dostrzec. Rozbieżność zdań między wyznawcami tych trzech religii stanowi część siły napędzającej życia i wybory mieszkańców fantastycznego świata, a także oś fabuły książki, jaką z przyjemnością trzymałam w łapkach.
I znów mam dylemat – co napisać, żeby nie zdradzić zbyt wiele, ale żeby zachęcić was do sięgnięcia po tę książkę? Ciężko mi się zdecydować. Mogłabym napisać, że postaci były bardzo wiarygodne, że szybko się do nich przywiązałam… Ale to brzmi sucho. Mogłabym napisać, że parę razy musiałam sięgnąć po chusteczkę, bo Kay potrafi wywoływać takie emocje, ale to z kolei brzmi ckliwie, a ta historia taka nie jest.
Dostałam opowieść o pięknej krainie, która stoi na skraju zniszczenia, o nadciągającej wojnie, o misternie splatanych intrygach, które są w stanie zniszczyć świat, jeśli nie rozsypią się wcześniej na proch. Dostałam to, czego oczekuję od świetnej książki, to, co sprawia, że mogę ją później zaliczyć w poczet „Ulubionych”: akcję, która momentami nie pozwalała odłożyć książki, nawet gdy żołądek krzyczał o obiad; postaci, których wybory sprawiały, że wstrzymywałam oddech, obawiając się konsekwencji ich czynów; intrygi, które mamiły niczym pajęcza sieć, tak samo lepkie i zabójcze; złożony świat, który do końca czarował swoim urokiem i kusił, by nie odchodzić.
Tak, tyle wam mogę powiedzieć. Dodam jeszcze tylko: nie zwracajcie uwagi na opis z tyłu okładki. Jest mylący i nie do końca adekwatny. Zostawcie go. Po prostu zacznijcie czytać książkę. Nie zrażajcie się ilością dziwnych nazw do zapamiętania; im dalej, tym łatwiej. A jaka później radość z tego, że nadążacie za soczystą rozmową dwóch władców…

Czytałam Grę o tron Martina, zachwyciłam się nią, ale już przez drugi tom nie przebrnęłam, bo najzwyczajniej w świecie przynudzał. Grę… chwaliłam za ogrom przemyślanych postaci, intrygi, zwroty akcji… W tym momencie jedna książka Kaya stoi dla mnie wyżej, niż przeczytane książki Martina. W Lwach… znalazłam to, czego mi brakowało w kontynuacji Gry… – ciekawości, zaintrygowania, przejęcia.
A na mojej półce stoją już dwie inne powieści Kaya – Pieśń dla Arbonne i Tigana. Trzeba wziąć się w garść. Zapowiadają się kolejne kace książkowe…

Guy Gavriel Kay, Lwy Al-Rassanu (The Lions of Al-Rassan), MAG 2006

Reklamy

12 thoughts on “Lwy Al-Rassanu

  1. Następna musi być „Tigana”, zdecydowanie! 🙂 A później polecam gorąco dwa tomy „Sarantyńskiej Mozaiki”. „Pieśń..” możesz sobie spokojnie odłożyć na później :P.

  2. Co za recenzja! Lepsze od Martina? Już chciałam do biblioteki biec…patrzę w katalogu internetowym a tu nie ma 😦 Kiedyś, jako nastolatka zachwyciłam się „Fionavarskim Gobelinem” Kaya. Teraz intensywnie będę szukać „Lwów…”

    1. Gobelin rzucił mi się w oczy wielkością, jeśli się nie mylę, to go teraz wznowili? Boję się trochę, bo z opisu podobny do „Ysabel”, ale mooooże…
      „Lwów…” polecam szukać w tanich księgarniach, a taka „Tigana” jest np. w promocji na Dedalusie ^^

      1. To wznowienie to chyba trzy powieści w jednej. Ja czytałam pojedynczo i wtedy mi się podobało. „Tiganę” mam w bibliotece może od niej zacznę 🙂

  3. Lwy, Tigana i Pieśń dla Arbonne, wszystkie kupione w stoiskach z tanią książką, czekają na swoją kolej. Kupiłam je ponieważ zachwyciła mnie jedyna książka Kay’a, którą póki co przeczytałam, Ostatnie promienie słońca, a ponoć jest jedną ze słabszych.

  4. Wiecie, że Kay wspólnie z synem Tolkiena pracował nad „Silmarillionem”? 🙂 „Gobelin” to jedna z wcześniejszych powieści Kaya, jedyna trylogia zresztą (za umiejętność zgrabnego przycięcia fabuły do 1-2 tomów max, składam Kay’owi czołobitne pokłony). Dość słabe toto, takie pomieszanie z poplątaniem, widać zresztą jeszcze silny wpływ mistrza Tolkiena, więc w zasadzie nie ma czym się zachwycać. Warto przeczytać jedynie dla zaspokojenia ciekawości, jak się rozwijał talent pisarski Kay’a :).

  5. Zastanawiałam się nad tą książką, bo znalazłam ją na lubimyczytać.pl i po przeczytaniu Twojej opinii utwierdziłam się w przekonaniu, że muszę ją przeczytać – zapowiada się kolejna niesamowita przygoda z lekturą 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s