Gwiazda anioła (z cyklu Szajs Tygodnia)

gwiazda-aniola-b-iext6299916

Ostatnio same rzeczy dobre zdarza nam się czytać i oglądać, dlatego z przyjemnością witamy na łamach naszego bloga gościa (a właściwie, po młodzieżowemu mówiąc, gościówę): Zakładkę, która miała (nie)szczęście trafić na Szajs literacki. Za chwilę Wam o nim sama opowie, a ja przyznam się już teraz, że nad przesłanymi fragmentami powieścidła popłakałam się ze śmiechu. Przez łzy, przez łzy…

Kilka lat korzystania z publicznej biblioteki w moim miasteczku powinno mnie nauczyć ostrożności, jednak w świątecznym zabieganiu,  nie mając czasu na wcześniejszy, osobisty wybór lektur, popełniłam błąd i przyniosłam do domu książkę poleconą przez panią bibliotekarkę. Jeśli zajrzałam na ostatnią stronę okładki, to musiałam  z kilku cytowanych tam mini-recenzji wyłowić tylko tę: Wspaniała mieszanka akcji, romansu i trzymającego w napięciu suspensu, co widać pozwoliło mi zakwalifikować ją na odpowiednią na leniwy okres świąteczny. Przeoczyłam informację, że rzecz jest o aniołach. Oczywiście pięknych i potężnych, z których jeden to uosobienie miłości, drugi zaś zniszczenia.

Pożałowałam tego już przy lekturze prologu, którego zasadniczą treść stanowi opis piękna sztyletu, mającego posłużyć narratorce do popełnienia samobójstwa.

I w zasadzie na tym opisie poprzestałabym, gdyby nie to, że opis był krótki, bohaterka  przebiła się sztyletem jeszcze na pierwszej stronie, a upadając zerwała okienną zasłonę.

W ścianie zostały ziejące dziury po wyrwanym karniszu. Jakby przedrzeźniając je, aksamit nocy rozdarł się i deszcz lunął strugami. Piękno tego zdania spowodowało, że poczułam nieprzepartą chęć kontynuowania lektury, zdałam sobie bowiem sprawę, że trzymam w ręku coś wyjątkowego: Szajs Tygodnia i mam oto szansę zaistnienia u Szyszki i Mirandy jako recenzentka.

W następstwie tego olśnienia książeczka autorstwa Jennifer Murgii Gwiazda anioła została przeze mnie niezwykle rzetelnie przeczytana, a inna mini-recenzja z okładki, głosząca: Murgia stworzyła świat, który mnie pochłonął okazała się całkiem nieoczekiwanie prawdziwa, choć na pozór ów świat, świat współczesnej amerykańskiej nastolatki, nie miał na to szans.

Cóż ja wiem o amerykańskich nastolatkach? Z filmów klasy B, oglądanych kątem oka podczas zmywania, kiedy to trudno mokrą dłonią przełączać kanały, wiem, że amerykańskie nastolatki chodzą, a właściwie dojeżdżają do szkoły, w której następuje ich podział na  popularne i niepopularne. Te pierwsze są na pierwszy rzut oka ładne, zamożne i mądre, a te drugie wprost przeciwnie, po czym śledzenie akcji filmu doprowadza nas do wniosku, że pierwotne  wrażenie to bzdura i jest akurat odwrotnie, choć przyznaję, zdarzają się fabuły omawiające pewne odstępstwa od tego schematu.

W książce odstępstwa jednak nie było. Bohaterka, zwana Teagan, jest zdecydowanie niepopularna. Budząc się rano przesuwa lepką od potu ręką po swoich długich mokrych włosach, które jeszcze przed chwilą podmuch delikatnie rozwiewał na poduszce. ( Nie wiem skąd wieją wiatry  w amerykańskich sypialniach, ale jeśli mają zdolność rozwiewania mokrych włosów na poduszce, to nie wydają mi się takie znów delikatne). Zaraz potem odbiera od swojej szkolnej prześladowczyni pocztą elektroniczną, informację o treści: Świruska. Auć! Takie przebudzenie musi być bolesne….

Potem jest już tylko gorzej. Dowiadujemy się, że biedna Teagan w tajemniczych okolicznościach straciła w dzieciństwie ojca i wychowuję ją samotna mama, z którą przy śniadaniu musi prowadzić nudną wymianę zdań na temat przesiadywania nocami przy komputerze. Podróż do szkoły przebiega dla odmiany dość szczęśliwie, bowiem naszą bohaterkę podwozi do szkoły najlepsza koleżanka, taka, co to wiecie, na śmierć i życie, jeszcze z piaskownicy, jedyna i rozumiejąca i litościwie zjadająca mizerną torebkę chipsów, na którą bohaterka nie ma ochoty. To jest poświęcenie! Co za przyjaciółka! Chipsy tuczą jak nic innego, nawet marna torebka,  a przecież wszyscy wiemy, że w amerykańskiej szkole za nic nie można być grubym. Ale chipsy to pikuś, najważniejsze, że przyjaciółka posiada kabriolet!

Najważniejsze, bo jak się okazuje, nie ma nic bardziej upokarzającego i dojmująco dotkliwego, jak podróżowanie do i ze szkoły przeznaczonym do tego celu żółtym autobusem. Zgroza. Opis licznych udręk będących udziałem naszej bohaterki podczas korzystania z tegoż środka lokomocji, który nie dość, że zatrzymuje się przy twoim skrzyżowaniu i dostarcza cię na próg szkoły, to prowadzony jest przez kierowców jeżdżących jak wariaci i nie zważających, że cenny ładunek, który przewożą ma delikatne żołądki, zajmował tak ze trzy pierwsze rozdziały dzieła. Opis rozpaczliwej, acz na szczęście skutecznej, próby otwarcia okna w autobusie pełnym kwaśnego zapachu plastiku wstrząsnął mną do głębi, współczułam Teagan całym sercem, gdy musiała udawać, że nic nie widzi i jest gdzie indziej, a gdy przeoczyła, że autobus zatrzymał się po jej domem i biedactwo musiało się przeciskać do drzwi bo wwiercało się w nią kilka par oczu a kierowca ze zniecierpliwieniem spoglądał na nią z wielkiego wstecznego lusterka natychmiast zrozumiałam,  że w życiu bohaterki musi nastąpić niezwłocznie jakaś zmiana. Ona też to skonstatowała: Prawdę mówiąc potrzebowałam życia, oznajmiła sama sobie, stojąc na krawężniku, po bohaterskim opuszczeniu autobusu.

Odmiana nastąpiła za sprawą chłopaka o delikatnych a jednocześnie wyrazistych rysach.  Teagan spotkała faceta na szkolnym dziedzińcu i nie mogła nie zauważyć, jak promienie słońca rozświetlają jego złociste włosy. Loki wiły się luźno wokół twarzy  chwytając plamki słońca, które padało między gałęziami. Jego oczy były niewyobrażalnie ciepłe, w najgłębszym odcieniu akwamaryny i nieludzko hipnotyzujące. Jego złocisty głos roztapiał się w powietrzu jak wata cukrowa. Ciepła akwamaryna zastanowiła mnie cokolwiek, ale jak zmieniać już zmieniać życie to z przytupem, z towarzyszeniem cherubina a nie jakiegoś pasztetu!

Czy trudno przewidzieć, że zjawisko, któremu na imię Garreth natychmiast i bezwarunkowo, z pominięciem i lekceważeniem popularnych koleżanek, okazało swoją fascynację i przywiązanie do Teagan?

Tak, wiem, takie są prawa gatunku. Ale jeśli jesteście starej daty, jak ja, i myślicie, że potem była jakaś akcja społecznie użyteczna albo wybory do samorządu, albo jakiś bal, na którym to nasza bohaterka została okrzyknięta królową u boku super przystojniaka króla-Garretha  i nagle wszyscy zobaczyli, że jest piękna i mądra, i wartościowa to informuję, że nic z tego!  To teraz za mało. Teraz życie amerykańskich nastolatków odmieniają anioły.

Bo tak, proszę Państwa,  śliczniutki Garreth, posiadacz dżipa z wypasionym sprzętem do odtwarzania muzyki, okazał się nie mniej ni więcej, tylko w sam raz – aniołem. Aniołem Stróżem naszej Teagan we własnej osobie, dla poprawności politycznej i chyba w celu uniknięcia przez autorkę dzieła możliwości obrazy czyichkolwiek uczuć religijnych, zwanym Strażnikiem. Aniołem niezwykle odpowiedzialnym, o czym wiem z narracji: jego samochód był niezwykle czysty w środku, co tak naprawdę mnie zaskoczyło. Kolejny przejaw dojrzałości Garretha. W czystym samochodzie, już bez obawy o te uczucia, Strażnik mógł powiesić na lusterku zamiast zapachowej choineczki, rzadkiej urody różaniec.

Tu zaczęłam bohaterce zazdrościć. Jeśli po wyglądzie bryki oceniać dojrzałość anioła – swoją drogą, jak ktoś jest tak stary, jak one, to chyba nie powinien mieć z tym problemu? – mój osobisty Anioł Stróż pewnie porusza się starą, brudną ciężarówką o zaśmieconej kabinie…

Z jakiego to powodu Strażnik postanowił zstąpić z nieba do amerykańskiego publicznego liceum zamiast od prywatnej szkoły Saint Andrews, po drugiej tronie miasta?

Ano był tak zauroczony dobrocią i głębią duszy Teagan, że dla niej stał się człowiekiem i nic co ludzkie, nie było  już mu obce.

No dobra, na ludzkie przyszło mi trochę poczekać, buzi było dopiero na końcu książki, na początku musiałam uwierzyć w tę głębię na słowo honoru autorki, bo jakoś szczególnych wartości w bohaterce nie mogłam się dopatrzeć. Ale Garreth był jej osobistym aniołem, znał ją od podszewki i od urodzenia, to wiedział lepiej, więc postanowiłam się nad tekstem chwilę zatrzymać i dowodów na wyjątkowość poszukać. Znalazłam: sprzątała i zmywała po kolacji! Przyznaję, to wśród nastolatków rzadkie i mnie faktycznie zaskoczyło.

Reszta już nie.

Co robią amerykańskie nastolatki w sobotnie wieczory?

Jadą na przejażdżkę kabrioletem. O razu zorientowałam się, że coś się złego zdarzy,  po tym, że w kabriolecie było bardzo zimno i miałam rację.

Standardowo, bez wiedzy dorosłych, podrabiając prawo jazdy, amerykańskie nastolatki wkręcają się na niedozwoloną imprezę. Co potem? Dorośli na ogół się dowiadują, bo impreza źle się kończy. W tym przypadku skończyła się wyjątkowo źle.

Najlepsza przyjaciółka Teagan, ta od chipsów i kabrioletu, zabiła się skacząc z dachu.  Wyjątkowo oryginalnie spadała najpierw pod górę, bo jej Strażnik, widać mniej dojrzały niż Strażnik Garreth, został zmanipulowany i przejęty przez Bardzo Złego Strażnika, który to, na złość głównej bohaterce, postanowił uśmiercić jej psiapsiółę z piaskownicy.

Wstrząsające, prawda? Nie rozumiecie? A co tu jest do rozumienia!

Jak jest dobry i śliczny anioł, to musi też być zły, nie? Owładnięty rządzą władzy nad światem, bo czymże by innym można być owładniętym będąc negatywnym bohaterem amerykańskiej powieści? Dla utrudnienia wyboru i pogrubienia książki, bo przecież naturalnie w tym momencie już wiadomo, że bohaterka będzie musiała wybierać między złym a dobrym, złe, któremu na imię Hadrian, jest równie śliczne, jak to dobre. Tylko, że trochę inaczej, brunecik to był, mroczny i wzbudzający pożądanie. Kiedy zakradł się nocą do sypialni Teagan: Ciemny strój podkreślał każdą linię jego idealnej sylwetki. Oczy miał ciemnie, źrenica i tęczówka zlewały się w jeden czarny krąg. A przy tym były głębokie i zimne. Magnetycznego przyciągania tej zagadkowej ciemności nie da się opisać słowami: wywarł na mnie takie wrażenie, że byłabym gotowa zrobić wszystko o co by poprosił.

Fuj, Teagan, on miał skórzaste i czarne skrzydła, pałające fluorescencyjnym blaskiem! To straszne, byłam przekonana, że edukacja seksualna w amerykańskich szkołach jest jednak na wyższym poziomie niż tutaj…

Właściwie dlaczego Hadrian uparł się walczyć o władzę nad światem właśnie z tą amerykańską nastolatką  i czemu była ona dla niego takim zagrożeniem, że zamordował jej koleżankę a planował jeszcze inne brzydkie rzeczy, nijak z tekstu nie wywnioskowałam. Na początku Teagan też nie rozumiała. Dlatego Garreth zabierał ją na randki w ruiny kościoła, tłumaczył zawiłości funkcjonowania świata równoległego, w którym nie mają  nic innego do roboty, jak zajmować się naszym światem i się o nas troszczą.

Autorka książki, pewnie zupełnie jak jej bohaterka, umie korzystać z komputera i wyszukiwarki,  wygooglowała sobie coś z Biblii, coś o hierarchii chórów anielskich, odkryła, że istnieje figura geometryczna zwana oktagramem, którą potem umieściła na dłoniach obu aniołów, nawet otarła się o Nostradamusa, dodała do tego jakieś brednie o więzach krwi…

Nie wiem co miała na myśli, ale to wszystko naplotła ustami Garretha  w ucho Teagan, która w przeciwieństwie do mnie, jakoś zrozumiała, że szczęście ludzkości leży w jej rękach i musi sama, samiuteńka walczyć o nasze ocalenie. Biedactwo, dobrze że takie bystre!

Ja dalej, widocznie bez romantycznej randki z przystojniakiem nie rozbieriosz, nic nie rozumiem. Rety, jestem głupsza od przeciętnej amerykańskiej nastolatki!

Smutny byłby los ludzkości, gdyby te enigmatyczne więzy krwi połączyły takiego Bardzo Złego Hadriana z kimś takim jak ja, ja bym bez logicznego uzasadnienia nie kiwnęła palcem, a co dopiero zaryzykowała życiem i zdrowiem mojego Anioła Stróża! Jest jaki jest, ale skoro teraz jest, jak jest, to jakbym go nie miała, to dopiero by było!

Ważne, że Teagan pojęła czego się od niej oczekuje, a między innymi chyba, choć nie do końca jestem pewna,  czy aby na pewno, miało to właśnie związek z ciągłością chwilowej, danej mu na osiem dni, atrakcyjnej powłoki cielesnej Garretha i na wysokości zadania stanęła.

Ocaliła swojego anioła, a przy okazji ludzkość. Postawiła się Hadrianowi, choć nie do końca jestem pewna jak, mimo, że się starał. W końcu to dzięki temu, że machnął skrzydłami, otrzymała w spadku po przyjaciółce kabriolet od jej rodziców, co rozwiązywało problem podróżowania szkolnym autobusem.  Poza tym kusił i namawiał, i też (anioł zła i ciemności, co za poświęcenie!) zabrał do kościoła na randkę. Do czego mianowicie namawiał, też nie zrozumiałam. W każdym razie Teagan, która ma moc sprawiania, że rzeczy się dzieją (auć, znów zazdroszczę!) i jest kluczem do prawdy, pomyślała coś ważnego, co umknęło mojej uwadze i zrozumieniu, co mimo straszliwego pożaru, wywołanego przez harcujące ze sobą w kręgu ognia dwa zainteresowane nią aniołki, światła i ciemności, pozwoliło jej wyjść z opresji cało a Garrethowi tylko skrzydełka nieznacznie się upaliły, choć puch poleciał!

 Zakończenie trochę mnie rozczarowało. Przez pół książki Teagan swędziała ręka, na której miał się pojawić symbol, sądząc z opisu, nieskończoności (ale nie jestem pewna bo autorka starannie unika użycia tego słowa) oraz łopatki, gdzie powinny jej wyrosnąć skrzydełka, a w końcu nie wyrosły. Zupełnie nie rozumiem, czemu powstrzymała ten proces,  który, jak  zrozumiałam, ale możliwe, że nie do końca dokładnie, zależał tylko od jej woli. Mogła sobie te skrzydła wyhodować, rozwiązałoby to jej problemy komunikacyjne, bez konieczności prowokowania złego ducha do zrzucenia z dachu przyjaciółki z dzieciństwa.

Wydaje mi się to bardzo niesprawiedliwe, zwłaszcza, że w nagrodę za dokonanie jedynie słusznego wyboru między niewiadomoczym dobrym a niewiadomoczym złym dostała też na dłużej, niż orzeczone wcześniej w tekście osiem dni, pięknego Garretha, który jak pamiętamy miał czystego dżipa!

I mimo swej anielskości, a może właśnie dlatego, błyskawicznie nauczył się świetnie całować całkiem po ludzku. Mam nadzieję, że Teagan całuje (i nie tylko) równie dobrze i to mu jakoś wynagrodzi niedogodności edukacji w amerykańskiej szkole średniej, na którą to się skazał, rezygnując dla swej podopiecznej z anielskości.

Dziękujemy Zakładce za ten cenny wkład, jej poświęcenie nie zostanie zapomniane! Zapraszamy też na jej czereśniowego bloga.

Jennifer Murgia, Gwiazda anioła
wyd. Amber, 2011

Reklamy

7 thoughts on “Gwiazda anioła (z cyklu Szajs Tygodnia)

  1. Czy na pewno ta książka miała trafić na Szajs Tygodnia? Świetnie napisana recenzja wprost zachęca, by na własne oczy się o tym przekonać 🙂

  2. Może takich książek powinno powstawać więcej niż tysiąc miesięcznie, jeśli każda z nich dostanie tak sensowną recenzję, będącą rozrywką najlepszą z możliwych. Chociaż…. Nie ma co współczuć Recenzentce, wszak wybuchać śmiechem przy książce co stronę, to chyba nie tak źle…? 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s