Psy wojny (Soldiers of Fortune) – Szajs Tygodnia

soldiers-of-fortune-poster01

Rany julek, jak mi brakowało Szajsu Tygodnia! Jakiegoś pecha miałam, czy co, książki były najwyżej nudne, a co film, to przynajmniej średni. A tu taka przepiękna, szajsowata perełka! Jest wszystko – amerykański patriotyzm, umierający (prawie) Boromir, doborowa obsada, przy której aż łzy się cisną do oczu, że w takim szajsie siedzą… Oki, to zaczynamy!

Już sam początek mnie rozwalił. Komputerowe zbliżenie na jakiś arabsko-pustynny kawałek świata (założyłam się sama ze sobą, że to Afganistan – wygrałam), amerykańscy żołnierze szykują zasadzkę i czają się w krzakach ze snajperkami, jeden w przebraniu kobiecym zasuwa w gniazdo os. I co? Przychodzi zły, sprzedajny agent CIA i go bierze w niewolę! Tu mój pierwszy jęk, bo wielce złym agentem był przesympatyczny pan ze Star Treka, żywa reklama dobrodusznego Irlandczyka, Colm Meaney.

Złapany żołnierz ma przekichane, bo dowództwo każe reszcie oddziału zwijać manatki. I oto objawia się nasz bohater! Wyskakuje z krzaków, zaiwania po płaskowyżu ze snajperką (coś mi się zdaje, że cały oddział okupował jedyne krzaki w okolicy), strzela do wszystkich turbaniastych gości, przeskakuje dziurę, wspina się na mur i wskakuje w sam środek placu targowego.

materiały dystrybutoraWyglądasz na kogoś, kto lubi żarty o penisach.

Czy to go powstrzymuje? A gdzie tam! Starannie strzela do tych paru facetów, którzy siedzą na stosach broni, które ich cierpliwe żony zerwały rano w sadzie z karabinowych drzewek, lokalna ludność w podeszłym wieku zaśmiewa się w kułak, kiedy obryzguje ich krew karabinowych farmerów, a nasz bohater dalej kopytkuje w stronę bunkrów, gdzie trzymają jego kumpla! (gdzie go trzymają dowiedział się z  obserwacji, z krzaków, przez ten mur, wiecie). Bezbłędnie trafia w miejsce przetrzymywania kumpla i daje w mordę złemu panu z CIA, który zdążył już wypowiedzieć parę mądrości z książki „101 genitalnych odzywek do jeńców w obozie afgańskim”.

Scena zostawiła mnie z opadniętą szczęką, ale jeśli powiem Wam, że snajper to Christian Slater, możecie nieco lepiej poczuć mój ból. Bohater filmu jakoś się nazywa, ale nie kłopotałam się, żeby zapamiętać, więc będę mówić o nim Krzysiu.  Nu, więc 4 lata później Krzysiu i kolega siedzą na bezrobotnym i kumpel zaczyna jojczyć, że mu pieniążków brakuje, a żona i córeczka głodne chodzić będą. Tymczasem Krzysia koniecznie chcą zwerbować jacyś bogacze, którzy zajmują się organizowaniem wypraw militarnych dla multimilionerów. Przewodzi im pewna pani, której marzeniem jest odzyskać rodzinną wyspę. Rebeliantka ma pieniądze (pewnie z nieba jej spadły), obóz treningowy w Rumunii i plan, żeby odzyskać niepodległość za pomocą paru facetów, którzy chętnie zapłacą za legalne zabicie paru „tych złych”.

Tak: pani ma forsę i marzenie, żeby wyrwać swój domek z łap byłego rosyjskiego generała, który skumał się… tak, ze złym panem z CIA! W tym celu skomponowała parę reklam TV, zachwalających program Psy Wojny, w którym to bogacze mogą chwycić za strzelby i pobawić się w żołnierzy, w prawdziwych akcjach militarnych. Pani cały czas gra, jakby tłumaczyła zasady działania Cyfry+, a Krzysio, poruszony do głębi widokiem złego pana z CIA, postanawia, że zabierze bogacz (i jojczącego fumfla) na akcję militarną. Powtórzę, bo absurd tej sytuacji jest tak wielki, że mnie samej zajęło chwilę, żeby to ogarnąć: okupowaną przez juntę wojskową czy inną mafię wysepkę mają zdobyć nadziani faceci, którzy w życiu nie byli nawet w pobliżu dzielnicy dla biedoty, a pistolety znają ze zdjęć. Cywile. Bo sobie chcą pozabijać ludzi. I to oni są ci dobrzy.

images111Nikt tak po prostu nie przypływa na wyspę. No i pan za Boromirem chyba lubi żarty o penisach.

Dostajemy przegląd kandydatów, który jak żywo przypomina wizytówki z programu Kawaler do wzięcia albo innej Randki w ciemno. Zawodnikami są: gładkolicy mamisynek, Sean Bean (czyli Boromir) w otoczeniu babeczek w bikini z karabinami, stary kowboj (James Cromwell, którego fajnych ról nie zdołam wymienić), Dominic Monaghan (któryś z Hobbitów) i wielki Pan Murzyn, znany jako Marcellus Walles z Pulp Fiction. Panowie są rozwydrzeni i na samym wstępie zajęli się porównywaniem swoich penisów… erm, typów broni i pookładali się poduszkami, potem sprowadzili panienki i odstawili party na plaży…

Odkryłam, że język mi się wysuszył na wiór, bo oglądam ten film z otwartą buzią – szczęka opadła mi raz i nie zdążyła się podnieść. Jak tu zachować zdrowy rozsądek, kiedy zdegustowany niskim morale „żołnierzy” Krzysio komentuje wszystko „nie lubię imprez, na które się mnie nie zaprasza”? Ale to jeszcze nic… panowie wystraszyli się paru fajerwerków wrzuconych w ognisko i się zawstydzili tak, że od następnego dnia przebrali się grzecznie w wojskowe stroje i zaczęli ćwiczyć! Normalnie, jak w filmie młodzieżowym, z gatunku „niegrzeczne dzieci uczą się współpracować”. Tyle, że w doborowej obsadzie i dla dorosłych. Podejrzewam, że grupą docelową byli właśnie ci niegrzeczni nastolatkowie, którzy oglądali te filmidła te 20 lat temu.

materiały dystrybutoraTakie tam, przy masakrze w obozie rebeliantów.

Aaaa, zapomniałam Wam powiedzieć, że wyspa „tych złych” zwie się prawdziwie złowieszczo – Wężowa Wyspa! Nie no, to mi przypomina stare Bondy, z tym, że zamiast agenta 007 mamy bandę bogatych kretynów (z czego jeden ma nogę w gipsie). Krzysio kiwa głową z uznaniem, patrząc na swoje nieopierzone militarne kurczaczki i zaczyna się prawdziwa akcja! Całość w moich oczach ratuje tylko bezczelny uśmiech Boromira.

A wiecie, co można dostrzec z samotnej, małej, militarnej wyspy? WSZYSTKO. A już na pewno kilka małych stateczków. Ale okazuje się, że wiedza kurczaczków też się do czegoś przydaje i nasi bohaterowie lądują szczęśliwie na wyspie (Wężowej). Niestety, ukochany fumfel Krzysia (ten, który padł ofiarą niewybrednych żartów genitalnych) po drodze się był wybuchnął. I nasi panowie są zdani tylko na siebie!!! (tu wstaw odpowiednio dramatyczną muzykę). Krzysio biega z nożem i się wścieka, ale pani (ta od reklamy) natchnionym głosem motywuje go do działania w imię zasad i kontraktu. A wysepka okazuje się być całkiem sporym kawałem lądu, takim, że z najwyższej górki morza nie widać. Głęboko intryguje mnie położenie geograficzne tego cuda, bo musi być co najmniej wielkości Sycylii i to w okolicy Rumunii i Ukrainy.

Podczas nudnego kawałka z łażeniem po górach (piękne, długie łańcuchy górskie, niezła ta wysepka) zastanawiałam się, kto padnie pierwszy i wahałam się między sympatycznym kowbojem a Boromirem. Poznajemy coraz bliżej militarne kurczaczki i oczywiście, jak w prawdziwym filmie o niegrzecznej młodzieży, dowiadujemy się, że ci panowie tak naprawdę są bardzo fajni i nieszczęśliwi w swym smutnym, przebogatym życiu. Ja pinkolę, prawdziwe problemy pierwszego świata, zaraz ktoś zacznie narzekać, że to wszystko przez to, że go mamusia karmiła złotą łyżeczką, a on wolał platynową.

soldiers-of-fortune_2012-1-800x600_scrollerKtoś coś mówił o penisach?

Ale cóż to? Ci źli się dowiedzieli, gdzie kryją się rebelianci, ukrywający naszych bohaterów! Ktoś tu sypnął! Dramatycznie biegające wśród wystrzałów dziewoje, dzielni żołnierze zapinkalający po krzakach, obowiązkowe malownicze wybuchy… a Krzysio biegnie ratować panią od reklam, przed panami, którzy nieco apatycznie wołają „łapać sukę”. Militarne kurczaczki obserwują wszystko z bezpiecznej górki i ronią łezki nad smutnym losem rebeliantów i postanawiają się dołączyć, bo to wiecie, fajne chłopaki w sumie są. Tymczasem Krzysio ratuje panią od reklamy za pomocą dwóch noży do rzucania, bo ci źli też w sumie fajni są i umierają od razu, malowniczo upadając na plecki.

Krzysiu łapie pannę i swoje kurczaczki i zaczynają zapitalać pod górkę (przypominam, jeden z nich ma nogę w gipsie). Chowają się pod jedynym drzewkiem w okolicy (bo mała wysepka, oprócz malowniczych łańcuchów górskich, ma też spory płaskowyż), potem pociskają górskim klifem, żeby ukraść helikopter. Plan, jak dla mnie, bomba. Czy już wspominałam, że Hobbit ma nogę w gipsie? A, w międzyczasie umarł gładkolicy (ale nikt się tym nie przejął, więc co ja będę), a Boromir okazał się szują, ale fajną, więc reszta mu wybaczyła. Zaraz pewnie stratują go uruk-hai.

Tak nawiasem mówiąc, oczywiście nikt się nie przejął gładkolicym, bo on żyje i jest parszywym zdrajcą, bo przez niego ten zły pan z CIA zdołał złapać nasze kurczaczki, bez Krzysia i panny, bo ci angstowali na boczku, gdy kurczaczki poszły prosto w paszczę złego. Zły oczywiście postrzelił jednego (tego z gipsem, w tę samą nogę, żeby nie przeszkodzić mu w kuśtykaniu)… ale ale, czy ja Wam mówiłam, że w okolicy, w tej tajnej mega bazie wojskowej, jest basen, no zbiornik wodny? No, to zapamiętajcie.

Na razie ci źli żądają okupu, bo w końcu złapali multimilionerów, ale pani od reklamy złapała córeczkę złego generała rosyjskiego (tak o, przy okazji, bo przecież córeczki psychopatki po okolicy biegają), więc więźniowie spitalają… na motorówkach. Naturalnie na końcu basenu jest potężna krata, która uniemożliwia kurczaczkom ucieczkę, więc muszą pociskać na piechotę (czy ja już wspominałam, że jeden ma gips? I do tego przestrzeloną nogę?).  Kurczaczki przypadkiem trafiają do… zbrojowni. W wielkiej tajnej bazie. Pilnowanej przez dwóch facetów przy wódce. Ech, ta rosyjska fantazja i beztroska…

Oczywiście czeka nas dużo strzelania, przy czym ci źli mają klasycznego zeza, ślepotę i w ogóle strzelają do tyłu. Boromir ciągle żyje, bo uruk-hai strzelają z patyków, kowboj dziadek ginie w wielkim stylu, ochraniając kolegów, Hobbit zabija zdrajcę, który wpadł w tradycyjny monolog złoczyńcy (a mówiłam tyle razy, nie trać czasu na przechwalanie się, tylko strzelaj) no i Boromir ciągle żyje. Krzysio załatwia jeszcze tego złego pana z CIA, widz roni łezkę wzruszenia, pani od reklamy zabija suczą córeczkę generała, generał wybucha, a Boromir wciąż żyje. Fajerwerki, szampan i pełnia szczęścia, bardzo ryczankowa, elektryczna muzyka półrapująca na koniec, Krzysio nawet nie pisnął o martwym fumflu (którego żona  córeczka pewnie do dziś czekają na powrót tatusia z wyprawy). Boromir wrzuca jakiś symboliczny kamyczek do rzeczki i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Rany julek, ale to było głupie.

Zdecydowanie byłoby ciekawsze, gdyby Boromir umarł.

Psy wojny, 2012 (Soldiers of Fortune)
wyst. Sean Bean, James Cromwell, Dominic Monaghan, Christian Slater, Ving Rhames, Colm Meaney

Reklamy

4 thoughts on “Psy wojny (Soldiers of Fortune) – Szajs Tygodnia

  1. Jak to Boromir przeżył?????? Przecież temu facetowi niewiele rzeczy tak ładnie wychodzi jak umieranie?
    Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy obejrzenie tego filmu i tak, w przeciwieństwie do Szyszki nie lubię wybuchów, ale teraz wiem, bo też nigdy w życiu nie przypuszczałam, że skonstatuję: w moim życiu brakuje zdecydowanie szajsu:)-szajsu tygodnia. Gdybym kiedyś chciała się pośmiać, to jednak może?
    Gdyby dołożyli do obsady resztę Drużyny, można by było sprawdzić w jednym miejscu czy im starsi tym lepsi-to trudno tak po wielu innych produkcjach szukać, choć czasami warto, niektórym się udaje, widać trzeba czytać scenariusze a nie tak brać na wagę, jak leci.
    Pan ze Star Treka rozumiem ; będąc nim też nie oparłabym się zagraniu kogoś bardzo niedobrego…

  2. Uśmiałam się jak pszczółka. Ten Hobbit to Merry,. Zgodnie ze schematem pani od ekstremalnych wycieczek powinna być cud urody, a główny bohater ma obowiązek się w niej zakochać ( ze wzajemnością) Obok wybuchów i biegania po malowniczych górach ( ze złamaną nogą) romansu brakuje.

  3. Aż chce się zaśpiewać, na melodę „Chacharów”:
    „A Boromir żyje! (żyje!)
    Uruk-hajów bije! (bije!)”
    😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s